Jak prowadzić kwiaciarnię? Rozmowa z Edytą Zając-Chruściel

Jak prowadzić kwiaciarnię? To pytanie zadaje sobie wielu florystów – zarówno tych, którzy dopiero planują otworzyć własny lokal, jak i tych, którzy prowadzą go od lat, ale wciąż szukają nowych rozwiązań. O prowadzeniu kwiaciarni rozmawiamy z Edytą Zając-Chruściel, właścicielką kwiaciarni Pokusa, mistrzynią florystyki, dobrze znaną z pokazów i warsztatów, które od lat prowadzi w całej Polsce.

27/09/2020 (aktualizacja: 14/06/2026)

Od „Skandalu” do „Pokusy”

Forumkwiatowe.pl: Skąd pomysł na taką nazwę? Skąd wzięła się „Pokusa”?

Edyta Zając-Chruściel: Pokusa wzięła się z braku pomysłu na nazwę. Dawno temu, kiedy zakładałam kwiaciarnię ze wspólniczką, bardzo chciałam, żeby nazywała się „Skandal”. Widziałam to w reklamie telewizyjnej: ktoś idzie, zauważa kwiaty i krzyczy: „To jest skandal!”. Niestety moja wspólniczka uznała, że mam coś z głową.

Zaproponowałam więc „Pokusę”. Miało to być takie kuszenie. To również jej się nie spodobało, ale nie potrafiła zaproponować niczego lepszego, więc została „Pokusa”.

I ta nazwa towarzyszy Ci do dziś?

Tak. Na początku prowadziłam kwiaciarnię w formie spółki. Po kilku latach odeszłam i założyłam własną, ale nazwę zabrałam ze sobą.

Jak wyglądała wtedy Wasza działalność? Robiłyście dekoracje, bukiety, sprzedawałyście kwiaty doniczkowe?

Była to zwyczajna kwiaciarnia z kwiatami doniczkowymi, ceramiką, ozdobami i bukietami. To były czasy, kiedy przede wszystkim sprzedawałyśmy bukiety na sobotę. Było ich tak dużo, że nie nadążałyśmy z pracą.

Ludzie kupowali kwiaty na imieniny i śluby. Nie wykonywało się wtedy rozbudowanych dekoracji ślubnych, tylko wiązanki na ślub cywilny i kościelny – po jednej dla panny młodej i druhny. Jedna para zamawiała więc czasem cztery bukiety. Zdarzały się soboty, kiedy sprzedawałyśmy ich ponad dwadzieścia. Od tego się zaczęło.

Droga do własnej kwiaciarni

Jak zostałaś florystką? Ukończyłaś szkołę florystyczną albo miałaś w rodzinie osobę związaną z kwiatami?

To historia podobna do wielu innych. Wychowywałam się na wsi, moja mama mieszkała pod Kielcami. Po szkole podstawowej chciałam iść do liceum plastycznego, ale badania lekarskie mi na to nie pozwoliły. Nie dostałam się więc na konserwację starodruków ani na snycerstwo.

Chciałam zrobić wszystkim na złość – a chyba najbardziej sobie – i wymyśliłam szkołę dla chłopaków, jakieś technikum mechaniczne albo budowlane. Mama odwiodła mnie od tego pomysłu i w końcu wybrałam technikum ogrodnicze.

Później ponownie chciałam iść na studia plastyczne, ale nie zdałam egzaminu z biologii, choć rzeźba i rysunek poszły mi dobrze.

Co zrobiłaś później?

Poszłam od razu do pracy w dużej kieleckiej kwiaciarni Polflower. Prowadził ją Tadeusz Marchewka z Warszawy, pierwszy Polak, który sprowadzał juki do Polski. Pracowałam tam trzy lata, jednocześnie studiując pedagogikę opiekuńczą z terapią pedagogiczną.

Wydawało mi się wtedy, że kiedy znajdę bogatego męża, będę mogła pracować z dziećmi na warsztatach terapii zajęciowej. Studiowałam więc w zupełnie innym kierunku.

Po trzech latach przyszedł do mnie klient i zapytał, czy poprowadziłabym dla niego kwiaciarnię, którą chciał otworzyć dla żony. Zgodziłam się. Prowadziłam ją przez kolejne trzy lata, jeździłam na giełdę, odpowiadałam za zaopatrzenie i dostawałam za to bardzo dobre pieniądze.

Co było dalej?

Potem otworzyłam kwiaciarnię ze wspólniczką. Ta współpraca również trwała mniej więcej trzy lata. W końcu zdecydowałam się na własną firmę. Otworzyłam ją dokładnie w dniu, w którym skończyłam 30 lat i się zaręczyłam.

Wkrótce zaczęłam bardziej interesować się florystyką. Szukałam wiedzy, bo czułam, że mogłabym wykonywać swoją pracę lepiej. Poszłam do Akademii Marioli Miklaszewskiej na kurs florysty. W grupie byłam z Tomkiem Kuczyńskim i Moniką Wilgocką, a egzamin zdawałam jeszcze w ciąży z Frankiem. Później ukończyłam klasę mistrzowską.

Po tylu latach w branży można powiedzieć, że wiesz już o niej wszystko?

Skądże! Wszystko się zmienia.

Kwiaciarnia to firma, a nie tylko pasja

Z czego właściwie żyje kwiaciarnia?

Z niezłego kombinowania, tak naprawdę. Często ktoś, kto otwiera kwiaciarnię, sądzi, że to dobry i prosty pomysł na zarabianie pieniędzy. Że jest miło, przyjemnie i pachnąco, a przygotowanie wystroju polega na tym, że cokolwiek się wstawi, będzie dobrze wyglądać.

Ale tak to nie działa. Jeżeli jest się jednocześnie samozatrudnionym, samosprzątającym i samozaopatrzeniowym, a wszystko robi się samemu, trudno zbudować dobrze zarabiającą firmę.

Jak zatem prowadzić kwiaciarnię, żeby naprawdę na niej zarabiać?

Nie można rozwijać firmy w pojedynkę. Jeśli chce się zatrudnić pracownika i go utrzymać, trzeba postawić na jakość.

Dostępność produktów jest ogromna, a w internecie klienci mogą zobaczyć, jak może wyglądać dobra florystyka. Nie są już zainteresowani byle czym. Szukają i porównują.

Można prowadzić malutką kwiaciarnię samodzielnie, ciągle sprzątać, nie mieć czasu i być zmęczonym. Można też budować firmę, zatrudniać pracowników i traktować kwiaciarnię jak biznes.

Trzeba założyć, że to nie jest dodatek ani działalność charytatywna. Ta firma ma zarabiać, utrzymywać właściciela, jego rodzinę i pracowników. To machina, która musi działać.

Wielu florystów wybiera dziś specjalizację. Jedni zajmują się ślubami, inni florystyką funeralną, dostawą kwiatów albo sprzedażą stacjonarną. Co doradziłabyś osobom, które dopiero zaczynają?

Mój profesor od fizyki mawiał, że jeśli człowiek potrafi robić wszystko, to żaden z niego fachowiec. Warto specjalizować się w konkretnej dziedzinie.

My wykonujemy dużo mniejszych i większych realizacji ślubnych. Działamy w Kielcach, więc rynek jest inny niż w Krakowie, Warszawie czy Poznaniu. Osoba szukająca bardzo dużej realizacji nie zawsze pomyśli o florystce z Kielc. Dzięki współpracy z agencjami ślubnymi mamy jednak większe możliwości i docieramy do innych zleceń.

Co powinna wiedzieć osoba, która zamierza otworzyć własną kwiaciarnię?

Najpierw powinna przez rok popracować w dobrej kwiaciarni – za pieniądze albo za niewielkie pieniądze, ale w miejscu, w którym naprawdę dużo się dzieje.

To praca zazdrosna o wszystko: o każdy wolny dzień, o rodzinę i czas dla siebie. Trzeba ją kochać, żeby wytrzymać.

Warto zobaczyć, jak wygląda praca przed Bożym Narodzeniem i Wszystkimi Świętymi, co dzieje się w weekendy i jak pracuje się wtedy, gdy wszyscy inni się bawią. Trzeba sprawdzić, jak trudno oddzielić tę pracę od życia i znaleźć własną przestrzeń oraz czas wolny. Dopiero później można świadomie podjąć decyzję.

Klient, relacje i marka kwiaciarni

Co po latach nadal daje Ci największą satysfakcję?

Zwykła praca i kontakt z klientem. Na co dzień wykonujemy wiele ciekawych realizacji, podejmujemy różne wyzwania i naprawdę dużo się dzieje. Czasami jednak człowiek przychodzi do pracy zdenerwowany albo nastawiony negatywnie.

Warto wtedy zobaczyć, jak ludzie reagują na to, co robimy. Cieszą się, są wdzięczni i mówią nam miłe rzeczy. To przypomina, że ta praca jest naprawdę świetna.

Na co dzień często pracujesz jednak poza salą sprzedaży.

Klienci czasem przychodzą, widzą mnie i mówią: „O, pani Edyto, dawno pani nie widziałem”. Nie wiedzą, że jestem w kwiaciarni niemal codziennie, tylko pracuję za ścianą, zajęta zamówieniami i realizacjami, a na froncie są dziewczyny.

Nie ukrywam, że czasem „gryzę” klientów. Nie zawsze mam cierpliwość. Wolę wykonać wszystkie zamówienia, niż wychodzić na salę. Kiedy jednak zaczynam z nimi rozmawiać, okazuje się, że można budować bardzo ciekawe relacje.

Czy kontakt z klientami zmienia sposób patrzenia na prowadzenie kwiaciarni?

Z czasem chyba sama się zmieniłam i jestem mniej nerwowa. Są rzeczy, na które nie mamy wpływu. Można z nimi walczyć albo robić swoje.

Jeśli mamy mniej zleceń, możemy przygotować mniej rzeczy, ale zrobić je lepiej. Możemy wykorzystać czas na nowe pomysły albo porządki w magazynie. Trzeba umieć dostosowywać się do sytuacji.

Czy kontaktujecie się z klientami po zakupie?

Jesteśmy firmą działającą od wielu lat. W pewnym sensie jesteśmy firmą rodzinną, ponieważ obsługujemy kolejne pokolenia klientów. Znamy się z nimi.

Nie możemy sobie pozwolić na „złapanie” klienta i nieobsłużenie go na odpowiednim poziomie. Jeśli czegoś nie dopilnujemy, kontaktujemy się z nim i staramy się naprawić sytuację.

A bardziej systematyczna sprzedaż po sprzedaży? Baza klientów, informacje o warsztatach, przypomnienia o rocznicach?

Niestety nie zawsze mam na to czas. Oprócz prowadzenia kwiaciarni dochodzą pokazy i warsztaty w całej Polsce.

Kiedyś wysyłałam życzenia, na przykład młodym parom w pierwszą rocznicę ślubu. Wiem, że to ważne i byłoby bardzo miłe, ale zawsze pojawia się coś pilniejszego: wiadomości, wyceny, faktury czy media społecznościowe. Do tego potrzeba więcej osób.

Nigdy nie prowadziłam kwiaciarni wyłącznie z pozycji osoby zarządzającej. Nie wyobrażam sobie tego. Lubię swoją pracę i wkładam w nią emocje. Mam tu miejsce, w którym mogę tworzyć różne cuda. Jestem też tuż obok, więc w razie potrzeby mogę wyjść do klienta i zrobić coś niemożliwego.

Kwiaciarnia w mediach społecznościowych

Czy kwiaciarnia może dziś funkcjonować bez mediów społecznościowych?

Jeśli nie ma Cię w mediach społecznościowych, właściwie nie istniejesz. Trzeba tam być.

Niestety należy się również nastawić na to, że pytania mogą pojawiać się o każdej porze. O pierwszej w nocy ktoś pisze o bukiet na następny dzień z dostawą. To staje się normalne i trzeba nauczyć się tym zarządzać.

Można próbować się od tego odciąć, ale właśnie tak wygląda świat. Możemy wyróżniać się swoim wizerunkiem, jednak bez obecności w internecie będzie coraz trudniej.

Wystarczy, że pokażę roślinę na Instagramie, a po kilku godzinach pojawia się klientka, która chce ją kupić. Kiedy zamieściłam na Facebooku zdjęcia wianków, szybko odezwała się osoba, która poprosiła o zapakowanie ich i wysłanie na Śląsk. Wcześniej tego nie robiliśmy, bo nie było na to czasu. Okazało się jednak, że mamy kolejny kanał sprzedaży, z którego możemy korzystać.

Jakość, która buduje Pokusę

Gdybyś mogła coś zmienić, ponownie wybrałabyś ten zawód?

Wybrałabym ten sam zawód i tego samego męża. Zmieniłabym tylko jedno – nie poprzestałabym na jednym dziecku.

Nie jestem klasyczną matką. Myślę, że jestem pracoholiczką, ale lubię swoją pracę. W kwiaciarni czuję moc. Tutaj jestem kimś, a kiedy wychodzę, staję się szarą myszką. To jest moje miejsce na ziemi.

Osobie zaczynającej pracę w tym zawodzie doradziłabym, żeby poszła do miejsca, w którym wiele się dzieje. Tam, gdzie są duże realizacje i naprawdę trzeba się przy nich napracować.

Niektórzy właściciele kwiaciarń podchodzą do swojej działalności pragmatycznie i biznesowo. Inni rozwijają przede wszystkim pasję. Co napędza Ciebie?

Jestem bardzo emocjonalna. Może nie zarobię wielkich pieniędzy, ale Kielce są zbyt małym miastem, żeby tylko szybko „kasować” klientów.

W pośpiechu można wpaść w kierat zarabiania i przestać poświęcać klientowi wystarczająco dużo uwagi. Nigdy nie robiłam niczego na szybko i to procentuje.

Trzymamy jakość i nie pozwalamy sobie na byle co. Zależy mi na dobrej opinii oraz na tym, żeby klienci byli zadowoleni. Zawsze mówię pracownicom: jeśli ktoś tutaj przychodzi, chce dostać coś z Pokusy, a nie po prostu z jakiejś kwiaciarni.

Forum Kwiatowe
Forum Kwiatowe

Dostarczamy treści dla florystów, właścicieli kwiaciarń i freelancerów. Masz coś do powiedzenia o florystyce i chcesz się tym podzielić z innymi miłośnikami kwiatów? Dowiedz się jak dołączyć do grona autorów. O autorach forumkwiatowe.pl