Jak prowadzić kwiaciarnię w dzisiejszych czasach? To pytanie zadaje sobie wielu florystów – ci którzy dopiero chcą otworzyć kwiaciarnię oraz ci, którzy mają ją od lat ale ciągle szukają nowych rozwiązań. Jesteśmy w kwiaciarni Pokusa, miejscu znanym na florystycznej mapie Kielc. Na ten i inne tematy rozmawiamy z jej właścicielką, Edytą Zając-Chruściel – mistrzynią florystyki, dobrze znaną z pokazów i warsztatów, które od lat prowadzi w całej Polsce.

Skąd pomysł na taką nazwę? Skąd się wzięła „Pokusa”?

Pokusa wzięła się z braku pomysłu na nazwę. Dawno temu, jak zakładałam z moją wspólniczką kwiaciarnię to bardzo chciałam żeby nazywała się „Skandal”. Widziałam to w reklamie telewizyjnej, że ktoś chodzi, widzi kwiaty i krzyczy: „To jest skandal!”. Niestety moja wspólniczka uznała, że mam coś z głową. Zaproponowałam więc „Pokusę”, miało to być takie kuszenie. To też się jej nie spodobało, ale nie potrafiła zaproponować nic lepszego, więc została „Pokusa”.

I trwa to już od lat…?

Swoją kwiaciarnię mam już 16 lat. Kwiaciarnia w formie spółki przetrwała trzy lata. Potem odeszłam i założyłam własną, tylko nazwę zabrałam ze sobą.

Zaczęło się od spółki. Co robiłyście? Dekoracje, bukiety, a może kwiaty doniczkowe? Jak prowadziłyście na kwiaciarnię?

Było to tak dawno temu, że była to zwyczajna kwiaciarnia z kwiatami doniczkowymi, ceramiką, ozdobami i bukietami. Były to czasy, gdy przede wszystkim sprzedawałyśmy bukiety na sobotę. Dużo tych bukietów było, nie nadążałyśmy z pracą, tak schodziły. Ludzie kupowali kwiaty w dużych ilościach, na imieniny, śluby. Wtedy nie robiło się dużych dekoracji ślubnych, tylko wiązanki na ślub cywilny i kościelny, jedna dla panny młodej i jedna dla druhny. Jedna para kupowała więc cztery bukiety ślubne. Były takie soboty, kiedy sprzedawałyśmy takich bukietów ponad dwadzieścia. Od tego się zaczęło.

Edyta Zając-Chruściel

A jak to się w ogóle stało, że zostałaś florystką? Ukończyłaś jakąś szkołę albo miałaś w rodzinie kwiaciarkę?

Historia jak tysiące podobnych. Nic dziwnego i szczególnego. Wychowywałam się na wsi, moja mama mieszkała pod Kielcami. Po podstawówce chciałam iść do plastyka, ale badania lekarskie mi na to nie pozwoliły. Nie dostałam się więc na konserwację starodruków ani na snycerstwo. Chciałam zrobić wszystkim na złość, a szczególnie sobie chyba i wymyśliłam szkołę dla chłopaków, jakieś technikum mechaniczne czy budowlane. Mama odwiodła mnie od tego pomysłu i w końcu wybrałam technikum ogrodnicze. Potem znów chciałam iść na studia plastyczne, ale zawaliłam egzamin z biologii, którą w technikum zdałam bardzo dobrze. Choć rzeźba i rysunek poszły mi dobrze.

I co zrobiłaś?

Poszłam od razu do pracy, do dużej kieleckiej kwiaciarni Polflower. Prowadził ją Tadeusz Marchewka z Warszawy, pierwszy Polak, który sprowadzał jukki do Polski. Pracowałam tam trzy lata jednocześnie studiując pedagogikę opiekuńczą z terapią pedagogiczną. Wydawało mi się wtedy, że jak znajdę bogatego męża to będę mogła pracować na warsztatach terapii zajęciowej z dziećmi. Tak więc studia robiłam w zupełnie innym kierunku. Po trzech latach w Polflowerze przyszedł do mnie klient i zapytał czy poprowadziłabym dla niego kwiaciarnię. Chciał ją otworzyć dla żony. Zgodziłam się i prowadziłam ją przez trzy lata. Jeździłam na giełdę, robiłam zaopatrzenie i dostawałam za to bardzo dobre pieniądze.

Co było dalej?

Potem otworzyłam wspomnianą już kwiaciarnię ze wspólniczką i też trwało to mniej więcej trzy lata. W końcu zdecydowałam się na własną. Otworzyłam ją dokładnie w dniu, w którym skończyłam 30 lat i się zaręczyłam. Wkrótce też zaczęłam się interesować bardziej florystyką. Zaczęłam poszukiwać, bo czułam, że mogłabym robić to lepiej. Poszłam do Akademii Marioli Miklaszewskiej na „Florystę”. W grupie byłam z Tomkiem Kuczyńskim i Moniką Wilgocką, a egzamin zdawałam jeszcze będąc w ciąży z Frankiem. Potem była klasa mistrzowska, do której poszłam gdy mój Franio podrósł.

Czyli prowadzisz kwiaciarnię już 16 lat?

Tak, a w branży jestem 26 lat.

Właściwie można powiedzieć, że na ten temat wszystko już wiesz…

Skądże! Wszystko się zmienia.

To powiedz, z czego w dzisiejszych czasach żyje kwiaciarnia?

Z czego? Z niezłego kombinowania, tak na prawdę. Często ktoś kto otwiera kwiaciarnię sądzi, że to jest dobry, prosty pomysł na zrobienie pieniędzy. Że jest miło, przyjemnie i pachnąco, a robienie wystroju polega na tym, że cokolwiek się wstawi i to dobrze wygląda. Ale to nie są te czasy. Jeśli jest się samozatrudnionym, samosprzątającym, samozaopatrzeniowym i wszystko się robi samemu to… nie można zarobić pieniędzy.

To jak zarabiać konkretne pieniądze na kwiaciarni?

Nie można zarobić w pojedynkę. A jeśli chce się zatrudnić pracownika i go utrzymać, to trzeba się nastawić na jakość. Na rynku jest duża dostępność wszystkiego, a w necie możemy podglądać jak to może wyglądać. Dlatego dzisiaj ludzie nie są zainteresowani byle czym. Ludzie szukają. Więc albo mam malusieńką kwiaciarnię, którą sama sobie prowadzę na zasadzie: „sama sprzątam, nie mam czasu, jestem zmęczona”, albo otwieram firmę, mam pracowników i jest to biznes. Nastawiam się, że to nie jest dodatek, tylko z tego mam pieniądze i ma to mnie utrzymać. Z tego żyję ja, moja rodzina i nie jest to działalność charytatywna. Jest to machina, która musi działać.

Kwiaciarnia Pokusa w środku…
…i na zewnątrz

Dziś floryści specjalizują się. Jedni robią tylko śluby, inni koncentrują się na pogrzebach lub rozwożeniu kwiatów z zamówień. Są też tacy którzy bazują na sieciach kwiatowych, inni łączą te wszystkie rzeczy i czekają na klienta. Co byś proponowała tym, którzy zaczynają?

Ciężko powiedzieć. Mój profesor od fizyki mawiał, że jak człowiek potrafi robić wszystko to żaden z niego fachowiec. Trzeba się specjalizować w jednej dziedzinie. My robimy dużo ślubów, większych, mniejszych. Na pewno nigdy nie wybijemy się mocno ze ślubami, bo nie jesteśmy w takich miejscach jak Kraków, Warszawa czy Poznań, gdzie ludzie szukają i ktoś może chcieć wydać większe pieniądze żeby zrobić super realizację. Taka osoba nie będzie szukać florystki z Kielc. Ale dzięki temu, że współpracujemy z agencjami ślubnymi, to mamy większe możliwości.

Co powiedzieć ludziom, którzy zaczynają?

Nie wiem, ale wydaje mi się, że taka osoba powinna pójść najpierw na rok do kogoś popracować. Za pieniądze, za nie-pieniądze. To jest praca zazdrosna o wszystko, o każdy wolny dzień, o rodzinę. Dla kobiety jest to nieprawdopodobnie ciężka praca. Trzeba to kochać, żeby wytrzymać. Dlatego warto zobaczyć najpierw jak to wygląda, jak wyglądają Święta Bożego Narodzenia, Wszystkich Świętych, jak to jest w weekendy i wtedy, gdy wszyscy się bawią, a ty jesteś pracy. Trzeba zobaczyć jak to jest, gdy musisz być na każde zawołanie oraz zobaczyć jak ciężko oddzielić tę pracę od życia i zrobić sobie trochę swojej przestrzeni, czasu wolnego. Dopiero wtedy można podjąć decyzję.

Kwiaciarnia Pokusa

Oczywiście musi paść pytanie o covid. W marcu większość firm została zaskoczona, również kwiaciarnie choć one nie zostały przymusowo zamknięte i mogły dalej funkcjonować. Jak to wpłynęło na twoją firmę?

W tym czasie jedna pracownica była na urlopie, a ja byłam w pracy z drugą panią. Postanowiłam, że będę sama przychodziła w nieokreślonym czasie, mniej więcej do południa i ogłosiłam to w social mediach. Zrobiło się cicho i spokojnie, choć wiele osób dzwoniło. Wszyscy zrozumieli tę sytuację i potrafili się do niej dostosować. Składali zamówienia wcześniej. Potem stopniowo zaczęłam wydłużać godziny, a pracownice wróciły do pracy. Ludzi chodzących po ulicy nie było, więc w większości wykonywałyśmy zamówienia składane przez telefon, a odbiór odbywał się za czerwoną tasiemką. Co zauważyłyśmy? Ludzie mieli potrzebę kwiatów. Nadal były urodziny, imieniny i rocznice, a nawet jakieś pogrzeby. Nie było dnia bez jakiegoś utargu, czasem było to 80 a czasem 200 zł.

Zobaczyłaś w tym przeszkodę czy może szansę?

Ja do tego podeszłam trochę terapeutycznie. Było mi to potrzebne, żeby mieć kontakt z ludźmi i nie siedzieć w domu. Cała ta sytuacja chyba dla wszystkich była szokiem. Z jednej strony było to ryzyko, a przecież każdy ma swój dom i rodzinę. Podjęłam jednak taką decyzję, ale nie zmuszałam dziewczyn do pracy. Pytałam, czy czują się zagrożone, czy chcą przychodzić. Ale chciały, chyba im także to było potrzebne. W święta też coś się działo. Tak na prawdę ciągle był jakiś ruch, co mnie w sumie zdziwiło, że dzieje się aż tak dużo. Był przez jakiś czas boom na sadzonki zewnętrzne, których sprzedałyśmy więcej niż każdego innego roku. Kwiaty doniczkowe też się sprzedawały.

Czy to był twoim zdaniem efekt zamkniętych marketów? Czy może wszyscy zapragnęli mieć nieco zieleni w domu?

Na pewno jedno i drugie miało znaczenie. Każdy chciał sobie w jakiś sposób poprawić humor, nie szukano ubrań czy podobnych rzeczy, ale czegoś żywego. Chyba ludzie potrzebowali zobaczyć życie w czymś. Nagle się okazało, że jesteśmy w domu i mamy więcej czasu, zauważamy, że możemy sobie urządzić mieszkanie czy balkon i coś zielonego gdzieś postawić. Wielu klientów mówiło, że nigdy nie robili balkonów, ale w tym roku sobie zrobią. Myślę też, że zaprocentowała opinia naszej kwiaciarni. Jeśli ktoś nie chce się kręcić po mieście i ma swoje sprawdzone miejsca, to podjeżdża, wchodzi, kupuje i wraca do domu. Nie ma poszukiwań. A do nas wystarczy telefon, złożenie zamówienia i odebranie go.

Masz wypracowaną pozycję na rynku. Twoja kwiaciarnia ma już pewien status w świadomości klientów. Te warunki na pewno dały ci jakieś preferencje w tym trudnym czasie. Jednak nie mogło tak być w przypadku ślubów, bo te się po prostu nie odbywały. Jak to wygląda teraz?

Ślubów robimy bardzo dużo. Od marca do listopada czasami, ale bardzo rzadko, mamy jedną lub dwie wolne soboty. Robimy duże śluby, a nasi klienci nie chcieli się ograniczać w związku z pandemią. Dlatego 80% ślubów zostało przełożonych na przyszły rok. Pojedyncze pozostały, ale jest ich bardzo niewiele. Za to pojawił się nowy gracz na rynku. Jest to „mały ślub”. Małe przyjęcie, mała uroczystość i mała aranżacja. W normalnej sytuacji z powodu braku czasu nie mogłybyśmy sobie pozwolić na tego rodzaju zlecenia, ale ponieważ mamy czas to je robimy.

Kwiaciarnia Pokusa

Powiedz, co w ostatnim czasie zrobiło na tobie wrażenie. Jakaś sytuacja, zamówienie?

Zaczęłam cieszyć się zwykłą pracą. Wczoraj byłam tu sama i zauważyłam, że miałam ogromną radochę z kontaktu z klientem. Normalnie robimy tu wiele ciekawych rzeczy, mamy różne wyzwania, jest na prawdę fajnie. Ale czasami człowiek przychodzi do pracy z jakimś nerwem i jest nastawiony negatywnie. Teraz miałam okazję zobaczyć jak ludzie reagują na to co robimy. Cieszą się, są wdzięczni, mówią nam miłe słowa. Okazuje się, że ta praca jest zajebista!

Zauważyłaś to niedawno?

Tak. Kiedyś miałam mniejszą możliwość bycia na kwiaciarni. Teraz ktoś przychodzi, widzi mnie i mówi: „O, pani Edyto, dawno pani nie widziałem”. Oni nie wiedzą, że ja jestem tu codziennie, ale jestem za ścianą, zajęta czymś innym, a na froncie są dziewczyny. Z resztą nie ukrywam, że ja gryzę tych klientów. Nie mam cierpliwości. Wolę zrobić wszystkie zamówienia, bylebym nie musiała wychodzić do klientów. Okazało się jednak, że to jest fajne i można budować z nimi relacje. Dzisiaj była tu kobieta, która opowiadała mi o synu i jego rodzinie…

Czyli kontakt z klientem dobrze na ciebie działa?

Albo ci ludzie są jacyś inni, albo ja się zmieniłam i jestem mniej nerwowa. Chyba przystosowałam się do faktu, że są rzeczy, na które nie mamy wpływu. Można z tym walczyć albo robić swoje. Już teraz można się spodziewać, że Wszystkich Świętych czy Boże Narodzenie będą słabe, ale co ja mogę z tym zrobić? Nic, po prostu trzeba dostosować się do tej sytuacji. Ok, zrobimy mniej zleceń, ale fajniejsze rzeczy, albo będziemy mieć więcej czasu. A może zrobimy porządki w magazynie?

Czy gdybyś mogła coś zmienić w przeszłości, to co by to było? Wybrałabyś ten zawód?

Wybrałabym ten sam zawód. I tego samego męża. Zmieniłabym tylko to, że nie miałabym jednego dziecka.

Poświęciłabyś więcej czasu rodzinie?

Nie, ja się nie nadaję na klasyczna matkę. Myślę, że jestem pracoholikiem. Ale ja to lubię! Tu, w tej kwiaciarni czuję moc, tu jestem kimś, a wychodząc jestem szarą myszką. To jest moje miejsce na Ziemi. Jeśli miałabym doradzić komuś, kto zaczyna pracować w tym zawodzie, to powiedziałabym żeby poszedł w miejsce gdzie wiele się dzieje, są realizacje i rzeczywiście trzeba się przy nich narobić.

A co sądzisz o social mediach? Trzeba z nich korzystać? W jaki sposób?

Dzisiaj jeśli nie ma cię w social mediach to nie żyjesz. Trzeba tam być. Niestety  trzeba się nastawić na to, że zapytania mogą pojawić się w każdej chwili i trzeba mieć oczy z każdej strony głowy żeby to ogarnąć. Pierwsza w nocy – pojawia się zapytanie o bukiet na jutro z dostawą. To jest dzisiaj normalne i musisz się do tego dostosować. Można się od tego odciąć, ale tak świat będzie wyglądać. Możemy walczyć i się wyróżniać swoim wizerunkiem, ale bez tego nie damy rady. Szczególnie dobrze to funkcjonowało w czasie covidu. Wystarczyło, że wstawiłam coś na Instagram i za dwie godziny miałam klientkę na tę roślinę. Na Facebooku pokazałam wianki i za chwilę zostałam poproszona, żeby je zapakować i wysłać na Śląsk. Nigdy tego wcześniej nie robiliśmy, bo nie było na to czasu! Okazuje się, że mamy jeszcze jeden kanał, z którego możemy korzystać.

A sprzedaż po sprzedaży? Czy kontaktujecie się z klientami po zakupie? Czy macie na to czas?

Jesteśmy firmą działająca od wielu lat na rynku. W pewien sposób jesteśmy firmą rodzinną, ale w takim sensie, że obsługujemy kolejne pokolenia klientów. Wczoraj na przykład klientka dziękowała za wieńce dla swojej mamy. Czasem czegoś nie dopilnujemy, wtedy kontaktujemy się z klientami. My się z naszymi klientami znamy. Nie możemy sobie pozwolić na takie coś, jak „złapanie” klienta i nie obsłużenie go na odpowiednim poziomie.

Sprzedaż po sprzedaży ma też pewien cel. Klientów wprowadza się do bazy po to, by kontaktować się z nimi i składać oferty w przyszłości. Można informować o planowanych warsztatach albo po prostu składać życzenia imieninowe. Czy takie coś robicie?

Niestety nie mam na to czasu. Oprócz prowadzenia kwiaciarni dochodzą kwestie pokazów i warsztatów w całej Polsce. Nie robię warsztatów w kwiaciarni, ale robię to w innych miejscach. Kiedyś wysyłałam życzenia, na przykład państwu młodym w pierwszą rocznicę ślubu. Wiem, że to jest ważne i byłoby to dobre, miłe, ale niestety zawsze jest coś ważniejszego do zrobienia. Maile, wyceny, faktury, social media. Do tego potrzeba więcej osób. Ja zawsze pracowałam w kwiaciarni i nigdy nie robiłam tego na zasadzie wyłącznie zarządzania. Nie wyobrażam sobie tego, jest mi dobrze z moja pracą, wkładam w nią emocje. Tu mam swoje miejsce, w którym mogę tworzyć różne cuda. Ale jestem tuż obok, za ścianą, w razie czego mogę wyjść do klienta i zrobić coś niemożliwego.

Niektórzy właściciele kwiaciarń podchodzą do tego bardziej pragmatycznie, chłodno, biznesowo. Inni są właśnie emocjonalni i po prostu rozwijają swoją pasję, to ich napędza.

Masz rację. Ja jestem bardzo emocjonalna. Może nie zarobię wielkich pieniędzy. Poza tym w Kielcach nie da się po prostu skasować, to za małe miasto. W pośpiechu wpadasz w kierat zarabiania i nie możesz dopieścić klienta. Nigdy nie robiłam niczego na szybko, a to procentuje. Jakość trzymamy, nie pozwalamy sobie na byle co. Zależy mi na dobrej opinii i na tym, żeby klienci byli zadowoleni. Zawsze mówię pracownicom, że jak ktoś tu przychodzi, to chce coś z Pokusy, a nie z jakiejś kwiaciarni.

O autorze
Forum Kwiatowe

Forum Kwiatowe

Dostarczamy treści dla florystów, właścicieli kwiaciarń i freelancerów. Masz coś do powiedzenia o florystyce i chcesz się tym podzielić z innymi miłośnikami kwiatów? Dowiedz się jak dołączyć do grona autorów. O autorach forumkwiatowe.pl